piątek, 24 stycznia 2014

Szkolne początki

W oratorium zainteresowany książkami. Często siada ze mną lub z Gosią i powtarza angielskie słówka. Zazwyczaj radosny i uśmiechnięty. Czasem obraża się i oznajmia: "idę do domu!"
W pierwszych miesiącach naszego pobytu żegnał się z nami dodając :"Give me my sweet". Odchodząc bez cukierka groził palcem, uśmiechając się pod nosem... Teraz dzieli się z nami swoim ciastkiem.


Z Dericiem w oratorium


Deric - ma 15 lat, mieszka w pobliskiej wiosce z mamą, ojczymem i rodzeństwem. Tata nie żyje.
Są to przypuszczenia, bo relacje każdego dnia mogą być inne. Czasem ciocia lub babcia w ustach dzieci jest  mamą.
Na początku listopada przygarnęlismy go do naszego "Uniwersytetu". Bardzo inteligentny chłopiec, ale nikt nie zatroszczył się o szkołę dla niego.


Treaza - najgłośniejsza dziewczynka w oratorium. Tam gdzie wrzaskliwy krzyk, tam na pewno jest ona. Gdy tylko usłyszy muzykę zaczyna kręcić pupą. (Tutejszy taniec polega na kręceniu pupą :)  Ma pięciu braci i trzy siostry. Ma 13 lat. Jest najmłodsza. Odkąd pamiętam przychodzi do naszego garażowego Uniwersytetu, żeby się uczyć.

Nasz "Uniwersytet" działa od poniedziałku do piątku, od 7.30 do 11.00. Głównymi wykładowcami są dwie wolontariuszki z Polski. Przed wakacjami liczba dzieci przekraczała 50. Oferujemy naszym dzieciakom naukę i staramy się wytłumaczyć im jak ważna dla ich przyszłości jest szkoła. Naszym największym pragnieniem jest zobaczyć nasze dzieciaki zmieżające do szkoły.


Pilne uczennice...


Deric i Treaza to nasz pierwszy sukces. Oboje zaczęli uczyć się w szkole. (5 grade). Teraz odwiedzają  nas na przerwie w naszym garażu i chwalą się swoimi osiągnięciami.

Cel został spełniony. Mam nadzieję, że niedługo kolejni uczniowie przekroczą progi szkoły.


Treaza w mundurku szkolnym :) Co za radość!




poniedziałek, 13 stycznia 2014

Zadumanie

Pokój w ksztacie kwadratu. Na podłodze rozłożone 3 materace i kilka mat. Siedzę blisko drzwi i modlę się na różańcu. Kobiety siedzące wkoło na zmianę krzyczą, płaczą i mówią coś w swoim lokalnym języku. Na zewnątrz, w blasku płonącego ogniska, pod dachem namiotu siedzą mężczyźni. Milczą lub cicho rozmawiają.
Po modlitwie wychodzę z pomieszczenia. Już wiadomo, że następnego dnia w pobliskiej Katedrze odbędzie się pogrzeb. Zmarł tata jednej z Sióstr Salezjanek.

Sobota. Dojeżdżamy do Kościoła. Kilku mężczyzn wprowadza trumnę z ciałem zmarłego przed ołtarz. Za trumną wchodzą zgromadzeni wokół kościoła ludzie. Mszy Św. przewodniczy biskup.
Po godzinnej Eucharystii wyruszamy na cmentarz oddalony od Katedry o kilka kilometrów. Głęboki dół, przed nim trumna i płaczący lub zadumani ludzie. Oddalona o kilka metrów stoję i wspominam zmarłych z mojej rodziny. Mam wrażenie, że słońce ogrzewa mnie ze zdwojoną siłą. Czuję, że robię się coraz bardziej czerwona. Nawet najmniejszy skrawek cienia jest już zajęty, nie ma gdzie się ukryć.


Następuję krótka modlitwa, po niej kilku mężczyzn podchodzi i wpuszcza trumnę do grobu. Potem dół zakopują piachem, na wierzchu tworzą kopiec. Do grobu podchodzi najbliższa rodzina. Krótka chwila modlitwy i każdy wkłada w ziemię jeden sztuczny kwiatek. Potem dalsza rodzina, sąsiedzi, znajomi, rodzina salezjańska i inni. Każdy robi to samo. Grób robi się coraz bardziej kolorowy, udekorowany sztucznymi kwiatkami.

Po pogrzebie udajemy się do rodziny zmarłego. Na miejscu brama zagrodzona jest 2 wielkimi patykami. Na kartce napisane, że trzeba zapłacić 1000K, żeby wejść do środka. Znajoma kobieta tłumaczy nam, że tutaj jest taka tradycja. Osoby, które przygotowują posiłek dla gości zamykaja bramę i oczekują pieniędzy. Potem te pieniądze dają rodzinie zmarłego. Czekamy. Ktoś podchodzi i mówi, ze przy bramie trwają negocjacje. Za chwilę kilka kobiet z koszykami zbiera ofiarę i otwiera bramę. Udajemy się na chwilę modlitwy. Po kilku minutach i chwili zadumy żegnamy się z najbliższą rodziną zmarłego. 

- Czy ktoś kiedyś odwiedzi tego zmarłego na cmentarzu? - zastanawiam się.
- Raczej nie. - odpowiada mi Siostra.


Znów zamyślam się i wspominam.

sobota, 11 stycznia 2014

Ktoś, kto wywrócił moje życie

Za kilka dni na świecie pojawi się Nowe Życie. W tym roku oczekuję tego wyjątkowego momentu w Lufubu. Jest to wioska w buszu oddalona o 172 km od Mansy (dobrze, że "uncle google" wyliczył mi odległość :))

Od urodzenia te święta przeżywałam z rodziną i z najbliższymi przyjaciółmi. W tym roku wszystko wygląda inaczej, więc również Boże Narodzenie jest wyjątkowe. W wigilię od rana trwają wielkie przygotowania. W miarę możliwości staramy się przygotować polskie specjały. Na stole pojawiły się pierogi, ryba, sałatka jarzynowa, sernik. No i oczywiście to co najważniejsze - opłatek. Każdemu przełamaniu towarzyszą piękne życzenia... Po raz pierwszy moje uszy nie słyszą: "zdrowia, szczęścia, pomyślności i... dobrego męża", tylko: "życzę Ci świętości".

Czas na wspólny posiłek, kolędowanie w języku polskim i angielskim, i najważniejsze - Eucharystia. Oczywiście najsłynniejsza firma - Zesco wyłączyła pstryczek i nastała ciemność. Wchodzę do Kościoła, krok za krokiem podąrzam środkową nawą. Po kilku krokach przed moimi oczami wyrasta palma - omijam ją. Idę dalej. Za chwilę następna. Po kilku sekundach orientuję się, że to element świątecznej dekoracji. Podnoszę głowę do góry, a tam rozwieszone kolorowe balony. W końcu przed ołtarzem najbardziej znana mi dekoracja - stajenka betlejemska.
Po pół godzinnym oczekiwaniu (jak na zambijskie warunki i tak nie jest źle) rozpoczyna się Msza Św. Wchodzi procesja, na przedzie pojawiają ubrane w odświętne, białe sukienki dziewczynki. Ze spuszczoną głową, tanecznym krokiem podążają w kierunku ołtarza. Za nimi ministranci, na końcu Ksiądz. Msza trwa około 3 godziny. Po niej "akasela" - jasełka przygotowane przez dzieci z oratorium. Po zakończeniu i oklaskach wraz z innymi wychodzę przed Kościół. Na niebie pojawiają się petardy. To prezent dla parafian od Księdza.


Tańce dziewczynek podczas Mszy Św.  

Idziemy do domu. Jeszcze raz wszyscy zasiadamy przy stole, rozmawiamy i delektujemy się gorącym kakao. Pod choinką czekają słodkie prezenty, zabieramy je ze sobą udając sie do swoich pokoi.

Kolejny dzień spędzamy wspólnie z wolontariuszami i księżmi. Wyjątkowo dużo Musungu zjechało się tego dnia do Lufubu. Czasami aż dziwie się czuję, gdy prawie na każdym kroku słyszę język polski :)

Drugiego Dnia Świąt, który tutaj jest już normalnym dniem, razem z dziećmi z oratorium jedziemy nad wodospady Ntumbachushi. Moje uszy słyszą szum spływającej z góry i odbijającej się od kamieni wody. Oczy spoglądają raz na pięknę kolory tęczy przed wodospadem, raz na błękitne niebo z białymi i lekkimi jak śnieżynki chmurami. Pod stopami czuję kamienie, jedne gładkie jak twarz po wyjściu od kosmetyczki, inne ostre i chropowate jak pięty po kilkudniowym skakaniu na bosaka. Na twarzach dzieci i wolontariuszy uśmiech utrzymuje się cały dzień. Po lunch'u wsiadamy do naszej przyczepy i z rozśpiewanymi gardłami wracamy do domu.


Rodzinnie przy wodospadach

Nasze Bożonarodzniowe spotkanie kończymy wspólną adoracją Pana Jezusa w kaplicy.
Noworodek Jezus właśnie wywraca moje życie do góry nogami, tak jak każde Maleństwo wywraca uporządkowany świat swoich rodziców.
Nie potrafię opisać słowami uczuć, które towarzyszą, gdy na świecie pojawia się Maleńki Człowiek. Wiem jednak, że nawet najpiękniejsze widoki  wodospadów są tylko cieniem przy tym wydarzeniu. Ta radość jest jeszcze większa, gdy tym Człowiekiem jest sam Jezus.


Ten co wyerócił mój świat do góry nogami!

piątek, 27 grudnia 2013

Za jeden uśmiech

4.00 - telefon. Nasi goście są już na dworcu - mówi S. Maria. Wychodzę z łóżka i idę na podwórko. Razem z Siostrą oczekujemy dziewczynek, które spędzą w Mansie swoje wakacje. Pokoje już przygotowane. Roześmiane buźki naszych dziewczynek na pewno zadbają, żeby nasz dom zaczął tętnić życiem.

Nie wszystko jest takie kolorowe. Już nie wystarczy zadbać tylko o siebie, dlatego też już kilka razy udało nam się spóźnić na Mszę. Wybudzić wszystkich i "wygonić" z domu to dopiero wyczyn. W końcu to dorastające dziewczynki, jeszcze trzeba włosy poprawić i spódniczkę przekręcić...

W czwartek wyciecka do Samfii. Młodsze dziewczynki przeszczęśliwe. Przez cały nasz pobyt pluskają się w wodzie. Dwie starsze...wyglądają na znudzone.
- Idziemy popływać? - pytam
- nieee,
- a moze karty?
- nieee
- mamy jeszcze inne gry, wybierzcie coś - nie daję za wygraną.
Widzę kręcące się głowy i wzrok pytający:
- kiedy wracamy?
Dorastanie...

Mija kilka dni, czasem czuję się zmęczona tą wizytą. Nieustający bałagan, światło nie zgaszone, kurki odkręcone, mokre ubrania na podłodze, połamana gitara. Jakie jeszcze zniszczenia nas czekają. Ręcę i głowa opadają w dół. Ile razy trzeba powtórzyć.... 

Ale za chwilę nadchodzi chwila refleksji. Warto, te dziewczynki potrzebują nas w tym momencie. Potrzebują naszej rozmowy, przytulenia, wieczornych wygłupów, przeczytanej historii przed snem, wspólnej modlitwy. Potrzebują nas, tak jak i my potrzebujemy ich.

W mojej głowie od kilku lat istnieje pomysł stworzenia rodziny zastępczej, czy adopcyjnej. Prosz bardzo, Pan Bóg postanowił spełnić kolejne moje marzenie. Teraz, na kilka dni jesteśmy taką, prawie rodziną zastępczą.

Przypadek, czy kolejny z cudów Pana Boga?

dla jednego przytulenia i uśmiechu warto powtórzyć nawet 20 razy 

poniedziałek, 25 listopada 2013

Z Aniołem za rękę


"NIe lękaj się bo Ja jestem z tobą"

Piątek - coś niedobrego dzieje się z moim zębem. Zaczyna się niepokojąco ruszać... Niestety to moja koronka. Problem z tym zębem mam od 20 lat. Wtedy to podczas zabawy wybiłam stałego zęba. Zawsze przysparzał mi on dużo kłopotów i tego też się obawiałam tutaj. Stało się.
Czuję jak komórki nerwowe w mojej głowie zaczynają pracować. Pojawia się myśl. Doktor Bogdan - dzwonię i proszę o pomoc. Doktor szybko reaguje i każe mi przyjechać do szpitala. Pożyczam od Siostry samochód, zabieram ze sobą Gosią i jedziemy.
Na miejscu spotykamy naszego przyjaciela z Ukrainy - doktora Bogdana i podążamy w kierunku gabinetu. Stomatolog powinien zacząć pracę o 15.00. Czekamy ok 45 minut. Zjawia się oczekiwany lekarz....., nie wyglada najlepiej, chyba przecholował z alkoholem. Decydujemy się na powrót do domu. Muszę poczekać do poniedziałku. No cóż....w końcu jestem w Afryce.

Kolejny dzień - przed nami próba chóru. Oczywiście powinna zacząć się o 14, ale po przebytych doświadczeniach wyruszamy z domu po 15.00.  Na miejscu przywitały nas 3 osoby, więc i tak swoje musimy odczekać. W czasie śpiewania widzimy, że niebo robi się coraz ciemniejsze i zaraz spadnie deszcz. Kończymy ostatnią piosenkę, pakujemy śpiewniki. Jeszcze modlitwa i wychodzimy. Jednak nie udało się zdążyć przed deszczem. Woda zaczęła spływać z nieba jak rwąca rzeka. Zaczynam biec. Siostra i Gosia zostały pod dachem z nadzieją, że deszcz będzie słabszy. Dobiegam do domu. Z ubrań mogę wyciskać wiadra wody. Wpadam do Siostry po kluczyki od samochodu.
- Jadę po dziewczyny! krzyczę.
- Kto otworzy Ci bramę? - pyta siostra.
- Ja! i tak jestem cała mokra.

Wyjeżdżam z podwórka. Deszcz jest tak silny, że wycieraczki nie nadążają zbierać wylewającej się na szybę wody. Praktycznie nic nie widzę. Dobrze, że znam drogę na pamięć. Dojeżdżam pod szkołę. Nie widzę nikogo.
Czuję jak samochód zjedża w grząski teren. Próbuję wyjechać, ale koła kręcą się w kółko, a samochód stoi w miejscu. Deszcz nie przestaje padać. Wysiadam, próbuję podłożyć coś pod koła. Niestety wpadły zbyt głęboko. Dzwonię do Gosi:
- Gdzie jesteście? przyjechałam po Was i...zakopałam się - oznajmiam
- Widziałyśmy Cię, machałyśmy, ale przejechałaś. Zaraz do Ciebie przyjdę - odpowiada Gosia śmiejąc się do słuchawki.
W oczekiwaniu jeszcze raz próbuję wyjechać, niestety pogrążam się jeszcze bardziej.

Po chwili widzę w lusterku czerwonego "krasnala" zmierzającego w moją stronę. To Gosia w gumowcach i czerwonym płaszczu przeciwdeszczowym idzie mi z pomocą. Podkładamy pod koła kamienie, deski, ale jest zbyt grząsko. Samochód się nie rusza. Nic nie zrobimy. Postanawiamy wracać do domu.
Przemoczona wchodzę do Siostry. Ona śmiejąc się spogląda na mnie i troskliwym głosem mówi idź się przebierz. Bierzemy ciepły prysznic i rozwieszamy mokre ubrania. Po chwili dzwoni telefon. To S. Maria:
- Gdzie jesteście? Czekamy na was!

No tak. Przecież na dziś wieczór zaplanowałyśmy karciany rewanż. Poprzedniego wieczoru wygrałyśmy z Siostrami, więc chcą się odegrać.

Przygotowujemy kolację, zasiadamy do stołu. Analizuję ostatnie wydarzenia. Najpierw problem z zębem, potem samochód (a w między czasie poślizgnęłam się na kamieniu i starłam sobie rękę). Czyżby jakiś pech? Nie! Szczęściara ze mnie. Ząb mógł mnie boleć, a tu tylko problem z koronką - na szczęście masa mocująca przydaje się nawet do zębów. Przewracając się mogłam skręcić lub złamać nogę, a nic mi się nie stało! No i samochód - mogłam się gdzieś rozbić, wpaść w dziurę, przebić oponę, a przecież tylko się zakopałam. Mój Anioł Stróż cały czas jest przy mnie! Trzyma mnie mocno za rękę i prowadzi.

Po kolacji rozpoczynamy grę, dziś na wygranych czeka czekolada. Canasta to ostatnio nasza ulubiona gra. Tym razem wygrywają Siostry.

Zegar wskazuje 22.00 - czas kończyć. Od śmiechu bolą nas już brzuchy. Pora na odpoczynek. Jutro święto - Niedziela Chrystusa Króla.


P.S. 1 Samochód udało nam sie odkopać w niedzielę. Ja i Gosia tworzymy zgrany zespół. Ja wpadam w tarapaty - Gosia pomaga mi się z nich wydostać. Dobrze też, że mamy ze sobą Wszystkich Świętych. Po drodze wzywałyśmy ich pomocy. I pomogli. Udało nam się odkopać samochód i odstawić go na podwórko.

Udało się - samochód odkopany :D


P.S. 2 W poniedziałek odwiedziłam Zambijskiego stomatologa. Na szczęście pomógł mi. Teraz znów wszystko jest w porządku. Znów mogę się uśmiechać :)




wtorek, 12 listopada 2013

Biało - czerwony dzień w Zambii

Poniedziałek. 11 listopada. Wyjątkowo budzik dzwoni pół godziny później. Dziś Msza Św. będzie dopiero wieczorem. Wychodzę z łóżka, spoglądam na czerwoną datę w kalendarzu. Rocznica Odzyskania Niepodległości przez Polskę. Za oknem widzę biało - czerwoną flagę, która rozpoczęła swój taniec z wiatrem. Rozmyślam przez chwilę...jestem Polką i jestem z tego dumna!

"...czerwień to miłość, biel - serce czyste. Piękne są nasze barwy ojczyste"


Bardzo szybko przed naszymi drzwiami zbierają się dzieci. Zastanawiają dlaczego na wietrze powiewa kawałek dwukolorowego materiału. Szybko wyjmuję z szafy ubrania z czerwono-białymi akcentami, na twarzy maluję biało-czerwony prostokąt i wychodzę do dzieciaków. Dziś poza świętem Polski czeka ich jeszcze jedna niespodzianka.
Drzwi garażu nadal są zamknięte, czekamy na Siostry. W tym czasie maluję dzieciom na twarzach Polską flagę. Nikt nie kryje zadowolenia.


Malowanie twarzy :)

Pojawiają się Siostry. Nastała oczekiwana chwila, otwieramy nasz "Uniwersytet". Siostra Maria biegnie z biało-czerwoną wstążką. Wraz z Gosią przecinamy ją i wchodzimy do środka.


....czas dla fotoreporterów ;)

Dzieciaki biją brawo i krzyczą z radości. Garaż wygląda zupełnie inaczej niż 2 dni wcześniej. Na głównej ścianie widnieje duży napis "Salesian Mansa University". Obok wisi brązowy Krzyż i mapa świata. Po przeciwnej stronie tablica i flaga Zambii. W różnych miejscach biało-czerwone balony.
Dziś w naszym Uniwersytecie nie ma zwyczajnych zajęć. Matematykę i język angielski zastąpiła krótka lekcja historii i tańce.


"Salesian Mansa University"

Przed garażem ustawiają się pary, jedna za drugą. Poloneza czas zacząć. "One, to, tree; one, two, tree... " Licząc podążamy przed siebie, robimy tunel, znów para za parą i na zakończenie koło. Wszystkim należą się brawa. Pierwszy Polonez zatańczony. Radość i tańce trwają przez kolejne 3 godziny. Niestety czas biegnie nieubłaganie szybko i trzeba się rozstać. Kolejne obowiązki nas wzywają. Do zobaczenia popołudniu w oratorium.


no to sobie potańczymy!

Tak, jak każdego dnia o 13.00 idziemy z Gosią na obiad. Wchodzimy do jadalni, a tam pięknie nakryty stół z biało - czerwonymi akcentami, na ścianach serpentyny i balony. Nie spodziewałyśmy się takiego obiadu. Siostry witają nas i oznajmiają, że to początek naszego świętowania, bo zapraszają nas dziś na wspólną kolację.

Po obiedzie szybko podążamy do oratorium, nie mamy dużo czasu. Jeszcze ostatnie przygotowania. Dziś również dla dzieci z oratorium mamy niespodziankę. Po chwili swobodnej zabawy, rozpoczynamy poszukiwanie skarbu. Dzieci dzielą się na dwie grupy i szukają kolejnych wskazówek. Okazuje się, że nie jest to wcale łatwe. Ale w końcu udaje się dojść do celu. Ostatni etap zaplanowany jest przed naszym "Uniwersytetem". Tam, na wszystkich czeka Gosia, ma jeszcze kilka zadań do wykonania. Po nich wchodzimy do środka, żeby z pomocą komputera poznać Polskę. Oglądamy zdjęcia, podziwiamy piękno Polskiego kraju, poznajemy stolicę Polski - Warszawę i miasto pielgrzymów - Częstochowę.
Po prezentacji śpiewamy piosenkę w języku polskim. Syczące głoski sprawiają wszystkim wiele radości.
Na zakończenie, tak jak pielgrzymi zmierzamy do figury Maryi i odmawiamy dziesiątkę różańca w różnych językach. Modlimy się w jęz. icibemba, angielskim i polskim. Przed wyjściem rozdajemy dzieciakom lizaki. Spotkamy się jutro. Dziś nie przedłużamy naszych rozmów, bo przed nami jeszcze główne wydarzenie dnia - Msza Św.


Poszukiwanie skarbów

Dziś jest poniedziałek, więc Msza Św. jest w kaplicy u Księży. Tam kolejna niespodzianka! Ksiądz Bosco (Zambijczyk), który często zaskakuje nas nowymi polskimi słowami, przed ołtarzem rozwiesił biało - czerwony materiał z orłem i napisem POLSKA. Obok postawił dwie małe flagi: jedna biało- czerwona flaga Polski, druga biało- niebieska flaga Maryjna z Jasną Górą i Czarną Madonną.
Dzisiejsza Msza Św. odprawiona zostanie szczególnie w intencji Polaków. Na rozpoczęcie krótko prezentujemy symbole naszego kraju, a na zakończenie śpiewamy z Rotę. Jest to jedna z moich ulubionych pieśni patriotycznych.

Po Mszy zmierzamy do Sióstr. Najpierw kolacja, potem siostry tanecznym krokiem i ze śpiewem na ustach wnoszą ciasto z biało - czerwonym napisem Happy Independence Day. Uśmiech nie schodzi z mojej twarzy. Śpiewamy hymn narodowy.
Teraz czas na krótką historię naszego kraju i odrobinę polskiej muzyki. Na zakończenie dnia wraz z Siostrą Przełożoną tańczymy oberka.
To moje najwspanialsze Święto Niepodległości.

Dziękuję Ci Panie Boże za to, że jestem Polką i dziękuję Ci za moją Zambijską rodzinę.











wtorek, 5 listopada 2013

Dwa miesiące w Mansie

Dwa miesiące. Już?!... A może dopiero?
O tym, że już minęły przypomniał mi Duch Św. podczas lunchu. Olśniło mnie, że dziś powinniśmy się stawić po kolejny stempelek w naszym paszporcie. Oczywiście naszych work-permitów jeszcze nie ma. Tutaj nikt się nie spieszy. Ciekawe, czy w ogóle zdążę je zobaczyć w czasie mojego pobytu w Mansie. Na szczęście, tym razem Pani w urzędzie była bardzo miła i przybiła stempelek na kolejne 3 miesiące :)
Ile rzeczy wydarzyło się w tym czasie, ile rozmów, ile spotkań...

5 października. Ponieważ jestem nauczycielem wspomnę, że ten dzień jest w Zambii Dniem Nauczyciela. W tym roku dzień ten wypadł w sobotę, więc święto zostało przeniesione na piątek. Szkoły tego dnia są zamknięte, a nauczyciele świętują. Mam wrażenie, że w Zambii zawód nauczyciela znaczy o wiele więcej niż w Polsce.

18-19 października. Wyjazd integracyjny z nauczycielami pracującymi w przedszkolu i szkole Don Bosco. Odwiedziliśmy Lufubu i wodospady Ntumbachushi. Głównym punktem programu była wizyta u króla. Król swoją posiadłość ma w Kazembe. Umówieni byliśmy na 9.00, jednak... "szczęśliwi czasu nie liczą". Do pałacu, który okazał się zwyczajnym domem weszliśmy po 10.00. Jeden z nauczycieli kilka razy tłumaczył nam jak mamy się zachować: kiedy wstać, kiedy uklęknąć, a kiedy usiąść. No i oczywiście potrójne klaśnięce, wszyscy razem i trzy razy. Nie spodziewałam się, że to takie trudne. Po wyjściu okazało się, że moje ułożenie rąk podczas klaskania było niepoprawne. Tutaj nawet klaskania trzeba się nauczyć.

piękny wodospad Ntumbachushi


 20 października. Mecz piłki nożnej. Oglądanie meczu na żywo to zupełnie inne emocje niż wpatrywanie się w monitor telewizora. Tym bardziej jak gra drużyna Don Bosco :) (Oczywiście tutaj mecze są bardzo często. Tego dnia po raz pierwszy oglądałam mecz siedząc na trybunach.)

 zaczęłam nawet być kibicem piłki nożnej


zadowolone dzieciaki wbiegają na boisko, by uczcić strzelonego gola :)


22 października. Wspomnienie bł. Jana Pawła II. Niestety nie wszyscy w Mansie znają Papieża - Polaka. W związku z tym, że jest to dla mnie bardzo ważna postać, postanowiłam wykonać prezentację.W niej zawarłam krótki życiorys Karola Wojtyły. Na początek wyświetliłam ją u Sióstr, potem w szkole krawieckiej i w oratorium. Mam nadzieję, że dla niektórych postać Jana Pawła II stała się bliższa.

23 października - wycieczka z dzieciakami z przedszkola do Lufubu.

24 października - Zambijczycy świętują 49 rocznicę odzyskania niepodległości. Jest to dzień wolny od pracy. Wraz z Zambijczykami cieszymy się z ich wolności. W oratorium świętowanie przenieśliśmy na kolejny dzień. Najpierw dziewczynki, tzw mażoretki, przygotowały taniec wykorzystując do tego zebrane wcześniej kije. Po wspaniałym występie chłopcy przedstawili dramę. W niej pokazali walkę Zambijczyków o wolność. Jeden z liderów opowiedział o symbolice flagi zambijskiej.
Na zakończenie wspólnie bawiliśmy się przy zambijskiej muzyce. Dzieci były zachwycone :)

"wykład" dotyczący symboliki flagi zambijskiej


1 listopada - Wszystkich Świętych. W Polsce wszyscy spędzają czas na cmentarzach, zapalają znicze, wspominają zmarłych. W Zambii natomiast jest to normalny dzień pracy. Postanowiłyśmy jednak z Siostrami uczcić ten dzień. Zaproponowałam, żeby każdy przygotował krótką historię dotyczącą jednego świętego. Podczas kolacji wysłuchaliśmy przeróżnych, bardzo ciekawych życiorysów. Poznaliśmy święte dzieci, siostry zakonne, matki. Dzień zakończyliśmy wspólną grą w Uno i porcją orzeźwiających lodów.